Poznali się w szkole. Zawsze imponowała jej pewność siebie, która od niego biła, ale, że adoratorek mu nie brakowało nigdy nie zagadała. Po latach spotkali się na imprezie, u wspólnego znajomego. To była jej szansa! Oboje lubili zabalować. Mieli podobne poczucie humoru. Nic dziwnego, że zaczęli się spotykać. Po miesiącu zostali parą. Idealną wręcz! Śniadania do łóżka, kwiaty, wspólne wyjazdy. Nawet piosenkę dla niej napisał. Bardzo się zakochał. Jechali tam gdzie chciała, nosił ciuchy takie jak chciała, jedli i pili to, co chciała. Mówił, jej to co chciała usłyszeć, mimo, iż to go często raniło, tylko dlatego, że nie chciał jej ranić. W końcu zaczęli spędzać czas, tylko z jej przyjaciółmi. Przecież byli ciekawsi. Bynajmniej tak twierdziła. Zaczęło się sypać. On już nie był taki pewny siebie, a przecież, to właśnie tę cechę tak bardzo w nim lubiła. Rozstali się… Ona znalazła szybko kolejnego maczo. Co prawda, nie był tak przystojny jak poprzedni, ale miał tę iskrę w oku. On, no cóż. Został sam. Bez przyjaciół, dziewczyny, z zaniżonym poczucie własnej wartości. Bo, przecież było dobrze. Robił dla niej wszystko. Wszystko! A, i tak odeszła. Więc winy szukał w sobie. Za mało zarabiał, za dużo pracował, za mało poświęcał jaj czasu. Nie żył, ani długo, ani szczęśliwie. Koniec….

To smutne, ale bardzo wiele par, popełnia ten błąd. I wina leży tu, po obu stronach. Jedna z nich jest bardzo zaborcza, a druga, zbyt uległa. W konsekwencji czego ta pierwsza, traci zainteresowanie tą drugą, w której się zakochała, a która, chcąc sprostać wymaganiom, staje się osobą zupełnie inną, gdyż dostosowując się, zatraca własne ja, rezygnuje z zainteresowań, znajomych, co tak naprawdę oznacza rezygnację z własnego szczęścia. 

Dlaczego? Bo często wydaje nam się, że bycie z kimś w związku oznacza, iż ma się tę osobę na wyłączność. W pewnym sensie tak, np. jeśli chodzi o wierność. Chociaż znane są przypadki szczęśliwych, tak zwanych otwartych związków. To jest jednak WSPÓLNA decyzja obu stron. Tak więc, kiedy znikną „motyle w brzuchu” i skończą się chwile uniesień, szara rzeczywistość puka do drzwi. W głowie pojawia się myśl „On/Ona mnie nie kocha! Gdyby było inaczej to (wstaw dowolne)” i z potrzeby poczucia bezpieczeństwa zaczyna się koncert życzeń, których spełnienie ma tę miłość udowodnić. Osoba od której się żąda, także z chęci poczucia stabilności, zaczyna tę miłość udowadnia, tak jak się od niej wymaga i błędne koło się zamyka, bo „On/Ona robi to tylko dlatego, że tego wymagam.” 

Im szybciej uświadomimy sobie (albo ktoś nam uświadomi), że nie na oczekiwaniach opierają się zdrowe relacje, tym lepiej. Przecież w większości przypadków, czyjeś oczekiwania, nie są naszymi obietnicami. 😉 Zastanów się więc, co Ci zostanie, kiedy jej uroda przeminie? Czy będzie Cię tak samo pociągać z rozstępami, po tym, kiedy wyda na świat Wasze potomstwo? Co prócz pieniędzy i statusu społecznego może Ci On zagwarantować? Czy będziecie się ze sobą dobrze bawić, kiedy już nie będzie siły, albo możliwości wyjścia do klubu?

Pieniądze, kariera, wykształcenie… W pewnym momencie przestają mieć znaczenie. Starzejesz się, tracisz bystrość umysłu, sprawność fizyczną. Któregoś dnia, przychodzi moment, aby powiedzieć „Praco żegnaj!” i te 8, 10, 12 godzin musisz zagospodarować zupełnie inaczej. Wtedy dopiero zauważasz, że to relacje są najważniejsze. Nie ferrari, nowa torebka od Prady, czy złote góry. Starajmy się więc budować więzi, oparte na szczerej rozmowie, poszanowaniu potrzeb, poglądów, godności. Szukajmy wspólnych rozwiązań i kompromisów. Czasami bardziej na Twoje, czasami bardziej na moje, ale jednak z zachowaniem akceptowanych przez nas granic. Przede wszystkim pamiętajmy jednak o nas samych! Dbajmy o swoją głowę i ciało. Pielęgnujmy talenty, rozwijamy umiejętności. Bo tak jak szczęśliwa matka to szczęśliwe dziecko, tak samo szczęście mężowi, narzeczonej lub dziewczynie, jesteśmy w stanie zagwarantować samemu czując się szczęśliwym człowiekiem.