„Ja nie mądra!” 

Tylko to przychodzi mi teraz do głowy. I nie, żebym twierdziła, że teraz już posiadłam tę wiedzę tajemną i mogę Wam mówić, co i jak i z czym. Wręcz przeciwnie. 

Bardzo długo kiełkowała we mnie myśl o pisaniu bloga. Są dni że mam bardzo dużo do powiedzenia. Na przykład teraz, chodzę z notesem, za dziesięciomiesięcznym brzdącem i jednym okiem kontroluję co robi, a drugim łypię na to, co skrobię niedbale na kartkach (tu przerwa na odciągnięcie Zuzanny od kuwety).

Trochę inaczej to sobie wyobrażałam. Poranne słońce, padające na stół w salonie, aromatyczna, CIEPŁA kawa i ja przy („Na zdrówko” do Zuzi) laptopie, prężnie wytężająca umysł. A w tle… Cisza i spokój – wtedy pisze mi się najlepiej. 

No i tak dwa lata nic nie napisałam. No bo o czym niby? Bez wykształcenia w danym kierunku, przygotowania merytorycznego i bez planu. Przez dwa lata nic! Mimo, że chciałam, mimo, że warunki często sprzyjały. Miałam wenę, możliwości i nie miałam dziecka,  a i tak nawet nie zaczęłam. Dziś mam baaaardzo aktywną, wszędzie wciskającą się córeczkę i zastanawiam się, co mi takiego przeszkadzało? Bo przecież nie brak czasu. Teraz mając dla siebie zaledwie piętnaście minut, potrafię naładować psychiczne akumulatory na całe dzień. Więc co?!

Odpowiedź okazała się pozornie prosta, ale droga do niej była kręta i zawiła. Nie rzadko zroszona łzami bezsilności, często wypełniona uczuciem zaskoczenia, że jak to? To tak się da? To można inaczej? 

Wnioski zawdzięczam Zuzannie. Wraz z jej pojawieniem się musiałam wszystko poukładać na nowo. Nie od razu rzecz jasna tak się działo. Przez pierwsze miesiące błądziłam w mroku. Ciężko mi było z niektórych rzeczy zrezygnować, odpuścić, zmienić nawyki. Najgorsze były jednak oczekiwania. Wyobrażałam sobie, że będę karmić piersią, dom będzie posprzątany, w salonie będzie unosić się na zmianę, zapach obiadu i ciasta drożdżowego, a ja mimo  niewyspania, będę oazą spokoju. Na koniec jeszcze, każda zaproponowana przeze mnie zabawa, będzie przyjmowana z entuzjazmem i zajmie Małą na dłuuugie godziny. W końcu jestem animatorem. I faktem jest, że nadal się łapię na tym, że za dużo marzę, a za mało żyję, ale z całych sił moich pięćdziesięciu pięciu kilo, próbuję to zmienić. Dotarło do mnie, że okoliczności są idealne, kiedy je takimi czynimy, że można wypić ciepłą kawę nie siadając w fotelu, pisać bloga zaczynając od notesu i że przyjmując rzeczy takimi, jakimi są, robię się bardziej zadowolona, niż wtedy, kiedy czekam, aż staną się takimi, jakimi chciałabym je widzieć. Dotarło do mnie, że to wyczekiwanie na właściwy moment, jest kiepską wymówką i że donikąd mnie nie zaprowadzi. Im mniej oczekujesz, tym więcej masz. I nie chodzi o to, żeby zadowalać się byle czym (marzenia są naszą siłą napędową), albo robić coś na siłę i wbrew sobie, ale żeby potrafić dostrzec to coś, w złych chwilach, bez fajerwerków. 

Doceniać, chwytać, próbować. 

A teraz biorę kartki zapisane niechlujnie. Zorganizuję swój kąt w internecie. Przepiszę to na bloga, jako pierwszy wpis i zrobię coś nowego. Może zilustruję książkę! 

Pełna nadziei

Sara